Budowa internatu dobiegła końca. Zakończyliśmy ostatnie etapy pracy – wykończenie oraz umeblowanie budynku.
Odbyła się skromna uroczystość. Odwiedził nas biskup tamtejszej diecezji, którego oprowadziliśmy po budynku. Bardzo uroczyście, ze śpiewem na ustach powitały nas dzieci. Następnie Biskup, Piotrek oraz ja posadzilismy drzewka. Internat będzie nosił imię św. Agnieszki i zamieszkają w nim dziewczynki.
Aga K.
Zielone Biharamulo jest cudowne. Wszędzie dominują teraz dwa kolory – pomarańczowy i wszpomniany zieleń. Drzewa nabrały koloru naszej wiosny, trawa z poranną kropla rosy pachnie afrykańską świeżością…Codzienny deszcz ożywia kolory przyrody i daje nowe życie. Drzewa wydają po raz kolejny owoce, my widzimy to po raz pierwszy – teraz owocuje mango, które jest niesamowicie smaczne.
U nas, na budowie, również dominuje kolor wiosny. Ściany w sypialniach dzieci oraz w łazienkach są zielone, drzwi i okna brązowe. Prace wykończeniowe małymi krokami zbliżają się ku końcowi. Za niedługi czas internat ożywią radosne głosy dzieci…:)
Aga K.
Miejsce, takie jak Biharamulo, otwieraja ludzi na rozne kontakty, spotkania. Ostatnio zostalismy zaproszeni na miedzynarodowe spotkania. Mniemam, ze bedac w Holandii czy w Chinach przeszlibysmy obok siebie niezauwazonym. A tutaj… jestesmy w mniejszosci (ludzie o jasnym kolorze skory), wiec widzac sie na ulicy poznajemy sie, pozdrawiamy, w koncy spotykamy sie na wspolnej sodzie…Tak bylo z naszymi spotkaniami. Pierwsze spotkanie zaaranzowalismy my – Polacy. Zaprosilismy dwoje studentow medycyny z Holandii, ktorzy odbywaja staz w tutejszym szpitali. Ogladnelismy wspolnie film o przywodcy naszego sasiedniego kraju – Ugandy. Kolejne spotkanie bylo u Holendrow w domu z okazji urodzin. Odbylo sie ono w gronie pracownikow szpitala, naszych jubilatow i nas samych. Uczylismy sie jezyka swahili, kisubi. Poznawalismy holenderskie oraz tanzanskie zwyczaje i tradycje.
W tym tygodniu zostalismy zaproszeni na “impreze” u Chinczyow, ktorzy realizuja projekt – budowe drog. Spotkanie w przewadze ludzi z azjatyckiego kraju. Dane nam bylo po raz pierwszy skosztowac prawdziwego chinskiego jedzenie. Zostalismy poczestowani prawdziwa zielona chinska herbata. Zobaczylismy w jaki sposob przyzadza sie ich ulubiony trunek. Poznalismy pierwsze slowo – najwazniejsze – DZIEKUJE oraz pisownie slowa – CHINY. Nie zabraklo chinskich i tanzanskich piosenek oraz narodowych tancow.
Te spotkania sa dla nas bardzo wazne – wymieniamy swoje doswiadczenia, poznajemy tradycje, kulture naszych rozmowcow.Kosztujemy ich narodowego jedzenia (holenderskie ciasteczka, chinska herbata czy chleb na cieplo). Z naszej strony, jesli chodzi o jedzenie, byla jajacznica oraz zurek (niestety z torebki) dla naszych domownikow i koszykarzy. W naszych spotkaniach uczetniczyli przedstawiciel trzech kontynentow – Afryka, Azja i Europa. Rozwniez w Mwanzie mielismy krotkie spotkania ze studentami z USA oraz z przedstawicielka Australii. Zawsze nasze rozmowy sa dla nas nauka i nowym doswiadczeniem. W tak krotkim czasie udalo nam sie spotkac przdstawicieli prawie wszystkich kontynentow i poznac, po czesci (niestety malej) ich kulture i zwyczaje.
Pobyt tutaj …prowadzi do otwrtych rozmow na temat podobienstw, jak i roznic. Nie zawsze ze wszystkim sie zgadzamy, bowiem jestesmy uksztaltowani w roznych kulturach i w rozmowach roznice te zostaja zauwazone, ale przez to nasze spotkania sa bardzo ciekawe i dzieki nim mozemy wymianiac nasze poglady. Zatem male miedzynarodowe Biharmulo jest miejscem, ktore kazdego dnia daje nam nowe doswiadczenia zyciowe – czasem radosne, czasem smutne – ale This is Life!!!
Aga K.
Od tygodnia pada deszcz! A zatem rozpoczęła sie pora deszczowa. Opadów nie ma jeszcze bardzo dużo, ale każdego dnia słońce chowa się na chwilę za chmury i pojawiają się intensywne krople deszczu, które uderzają z dużą siłą o podłóże.
Na naszej budowie pojawiły się zatem nowe odgłosy – a mianowicie odgłosy uderzającego deszczu o blachę, którą nasi dzielni trzej panowie ułożyli na kratownicach. Nasz budynek pokryliśmy blachą – mamy dach! Dzięki niemu, pracownicy nie są zmuszeni do ucieczki przed dużą ilościa maji (wody), która spływa z nieba, ale mogą spokojnie kontynuować swoją pracę. W pomieszczeniach kontynuujemy nakładanie tynków. Zostały osadzone okna, jak i futryny drzwiowe.
Ostatnio odwiedził nas Biskup, któremu podobała sie budowa. Podkreślał, że jest bardzo wdzięczny za naszą pracę i nasz projekt, który realizujemy w Jego diecezji. Następnego dnia, przy śniadaniu, wspominał Swoją pierwszą i jak na razie jedyną, podróż do Polski. Opowiadał, jak zgubił sie na polskiej wsi,jak pomylono nazwę miejscowości do której jechał w odwiedziny… i wiele innych sytuacji.
W tym samym dniu, popoludniu dostalismy – Kubwa gift (duzy – swahili, prezent – ang).
W poprzednim wpisie, wspominałam, ze nasz kurczak zachorował po wyjeździe dziewczyn. Mam smutną wiadomość – Deogratias odszedł…Według Piotrka i Olgi był bardzo smaczny, ja, z szacunku do niego, nie skosztowałam. Jednak zmniejszona liczebność członków tutejszej parafii nie trwała długo. Kilka dni później dostalismy kolejny prezent – kolejna kure, ktora niestety nie znosi jaj, bo okazala sie kogutem. Nazwaliśmy go – Sururu. Nazwa, która bardzo przypadła nam do gustu, a która w pierwszym etapie budowy bardzo często używaliśmy. Oznacza ona – kilof. Jak sie okazuje, imię trafione, gdyz nasz Sururu bardzo lubi “kopać” w ziemi.
Pozdrawiamy miedzynarodowym “kukuryku”:))
Aga K.
Nasze wolontariuszki zakończyły swoją pracę – szkoleniową część projektu. Po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania, wspólnej pracy i wspólnie spędzonych wolnych chwil czas na powrót dla Diko i Viki do Polski. Dziewczyny przez dwa miesiące bardzo sumiennie wykonywały powierzone im tutaj zadanie. Przez tydzień prowadziły szkolenie dla tutejszych nauczycieli ze szkół podstawowych, a następnie brały udział w monitoringu tych szkół. Uczestniczyłam z nimi w większości zadaniach i bardzo jestem im za to wdzięczna. Pozwoliło nam to na poznanie, jak wyglądają tutejsze szkoły, jaki prezentują poziom nauczania, jak są wyposażone, ile uczniów liczą klasy, itd… Bardzo ucieszyło nas to, że przeszkoleni nauczyciele wykorzystywali poznane metody aktywizujące. Uśmiechy dzieci, nauka poprzez zabawę, którą zaprezentowali nauczycieli i uczniowie dały nam dużo radości i poczucia, że nasza praca przyniosła i przyniesie w przyszłości pozytywne efekty…
W czasie obecności naszych wolontariuszek, tworzyliśmy tutaj małą wspólnotę. Byliśmy rodziną WAZUNGU. Jako, że ja i Piotrek jesteśmy najstarsi, zostaliśmy rodzicami, natomiast dziewczyny naszymi dziećmi. Zatem nasza rodzina liczyła 6 osób plus kurczak – Deogratias, którego dostaliśmy (czyt. rodzice) w prezencie od pewnej Babci. W związku z rodzinną atmosferą przeżyliśmy wiele radosnych chwil. Był czas na pracę i zabawę, żarty i poważne rozmowy, jakie prowadzone są pomiędzy rodzicami a dziećmi:)
Z czasem nasze dzieci “wyfruwały” z rodzinnego gniazda. Przyszła też kolej na Diko i Viki. Zostaliśmy z “Młodą” – najmłodsza w rodzinie – Olgą oraz z kurczakiem, który od momentu wyjazdu dziewczyn zachorował i nie wiemy jak mu pomóc.
Życzymy Im, aby czas, spędzony z nami był cząstką Ich życia, który będą mile wspominać.
Dziękujemy Im za wspólnie spędzony czas i za radość, którą nam dały swoją obecnością.
Aga Kąkol (Matka)
Dziś mija miesiąc od mojego wyjazdu na misje. Proszę tylko nie myślećże liczę dni i ze chce już stad uciec! Wcale tak nie jest! Czuje siętu bardzo dobrze!
To, co na początku mnie zaskakiwało, dziwiło,drażniło, to czego nie umiałam pojąc dziś stało się czymś normalnym.Nie umiem tego wytłumaczyć. Przecież to tylko miesiąc…
Dziś napisze o… dzieciakach. Obiecałam. 
Nie wiem tylko od czego zacząć. Pierwsze dni i pierwsze… zaskoczenie.
Wystraszyłam dziecko swoim wyglądem! A dokładnie kolorem skóry. Dziecko płakało i uciekało, jak mnie zobaczyło (miało ok 2 lat). Nawet matka, która pojawiła się natychmiast nie była w stanie je uciszyć…
Cisza nastąpiła tylko wtedy, gdy “zniknęłam”. Tłumaczę to sobie, że
ono po raz pierwszy zobaczyło mzungu.
Teraz wiem, że jest potrzebny czas, aby bariera “inności” została pokonana…
Tutaj dzieciaków jest mnóstwo!.. Niektóre biegną do ciebie, żeby cię dotknąć, inne żeby wziąć je na ręce i z nimi się pobawić, inne żeby powiedzieć “give me my money” i nie tylko, inne przynoszą swoje rysunki (od razu są podpisane w wersji angielskiej i w swahili)…
I co najważniejsze?.. Są radosne i uśmiechnięte 
Teraz śmiało mogę powiedzieć, ze bariera “inności” została pokonana!
Viktoria Savkiv
Zamknęliśmy pierwszy etap szkoleniowej części projektu – trening dla nauczycieli z zakresu Pedagogiki Zabawy i Nowoczesnych Metod Nauczania. W ewaluacji końcowej szkolenie oceniono jako bardzo dobre. Trzeba zaznaczyć, że wiele opinii było nie tylko czysto kurtuazyjnych. Wypowiedzi znacznej części uczestników świadczyły o zrozumieniu materiału i rzeczywistej chęci jego wykorzystania w pracy dydaktycznej. Droga do osiągnięcia tego etapu nie była jednak usłana różami….
35 nauczycieli od przedszkola do ostatniej klasy podstawówki. Rozrzut spory… Znaczna cześć stanowili zagorzali zwolennicy tradycyjnego stylu nauczania, sceptyczni wobec tematu szkolenia. Ah, no i nie zapominajmy, że język angielski na poziomie komunikatywnym znali tylko nieliczni. Jednym słowem – szykowała się trudna przeprawa… A jednak! Kto by pomyślał, że ta grupa poważnych, eleganckich belfrów z takim zapałem będzie biegać po całym pomieszczeniu, próbując uformować się w najróżniejsze figury geometryczne albo walczyć z czasem konstruując silnik odrzutowy, który pozwoli im powrócić z księżyca na Ziemię, zanim skończą się zapasy tlenu (drama na lekcji fizyki)! No i zabawy z chustą Klanzy… Gdybyście mogli zobaczyć zazdrosne spojrzenia uczniów zgromadzonych na szkolnym boisku, którzy z niedowierzaniem obserwowali zacne ciało pedagogiczne, wykonujące najróżniejsze akrobacje z kolorową płachtą, wydając przy tej okazji dzikie okrzyki radości! Z chustą Klanzy pracowaliśmy już nie raz, ale takiego szaleństwa to chyba jeszcze nie było! Panie przebiegały pod chustą z taką prędkością, że im buty spadały, a w czasie gry w “Rekina” wszyscy przejęli się swoją rolą do tego stopnia, że ratownicy wyciągali ofiary razem z rekinem, wciąż kurczowo uczepionym u ich nóg… Ah! Działo się, działo!!
O efektach szkolenia przekonamy się podczas trzytygodniowych wizytacji prowadzonych w szkołach, których przedstawiciele uczestniczyli w treningu. Start już w przyszły czwartek. Do następnego!
Aga Dikolenko
Skończył się czas szkoleń, a czas monitoringu rozpoczął. Mamy za sobą już dwie szkoły.
Po co to robimy i czemu to ma służyć? Monitorujemy przebieg zajęć lekcyjnych z wykorzystaniem zdobytych na treningu umiejętności. Przeszkolone osoby powinny przeprowadzić co najmniej 5 godzin pilotażowych zajęć lekcyjnych. Naszym zadaniem jest sprawdzenie, jak nowatorskie metody pracy zostały zastosowane w praktyce, jak przebiega wprowadzanie i rozpowszechnianie ich w szkołach uczestniczących w treningu.
W tej chwili możemy powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni z przeprowadzonych lekcji w Kirurumie i Musenji (szkoły, które już zmonitorowaliśmy). Drama rządzi!.. A przed nami jeszcze trzynaście szkół…
Życzymy sobie powodzenia.
Viktoria Savkiv
Jesteśmy w Biharamulo już od „jakiegoś” czasu. Co tu robimy? W ramach niniejszego projektu naszym zadaniem jest przeprowadzenie szkoleń z zakresu pedagogiki zabawy oraz nowoczesnych metod nauczania oraz animacja czasu wolnego dzieci w wieku szkolnym.
Działamy!
Pierwszym naszym szkoleniowym krokiem była wizyta u District Education Officer w celu przedstawienia projektu oraz uzyskanie zgody na przeprowadzenie szkolenia. Wszystko się udało! Ten czas przeznaczyłyśmy również na poznanie poziomu, warunków oraz specyfiki prowadzenia lekcji w miejscowych szkołach. Odwiedziliśmy szkoły publiczne, jak i prywatne. Po co to wszystko? Aby poznać tutejsze realia oraz stosowane metody nauczania i styl prowadzenia zajęć. Startujemy 27 lipca. Życzymy sobie powodzenia.
Viktoria Savkiv
Już minęło sporo czasu od postawionego pierwszego kroku na „Czerwonym” Lądzie, a jeszcze nic nie napisałam. Więc do dzieła! Afryka… jestem nią zauroczona – jej otwartością, radością, życzliwością, prostotą, a przecież poznałam tylko małą część tego kontynentu. Jak bardzo i często mi tego brakuje… To jest niesamowite. Wtedy, kiedy my Europejczycy pędzimy nie wiedząc dokąd, po co i za czym? W tym jednym, wielkim pędzie zapominamy o tym, co moim zdaniem jest najważniejsze. Zapominamy o człowieku. Rzadko potrafimy cieszyć się z tego, co mamy. Tutaj jest inaczej. Człowiek dla człowieka ma czas, ma chęć dzielenia się swoją radością, uśmiechem. Docenia to, co posiada i z tego potrafi się cieszyć. Czy to jest trudne..? No i wszędzie są kochane i uśmiechnięte dzieciaki, które zawsze pozdrawiają „Jambo Mzungu!”. Ale historie o nich ukażą się już niebawem.
Kwaheri!
Viktoria Savkiv